Im dłużej żyję na tym okrutnym świecie , tym więcej rzeczy mnie dziwi, a według teorii powinno być odwrotnie. Pewno umrę jako jeden wielki znak zapytania i to nie tylko dlatego, że kręgosłup zdegenerowany i członki powykręcane.
Ostatnio przeczytałem, że właściciele obiektów turystycznych w Piemoncie, we Włoszech, chcą od władz dotacje, bo nie ma śniegu, nie ma turystów, nie ma dutków. Przedtem słyszałem, ze dotacje chcą (i dostają): powodzianie, właściciele plantacji papryki, właściciele domów, którym huragan porwał dach, właściciele banków, które poniosły straty na skutek własnej głupoty i podejmowanego ryzyka.
A także rodziny żołnierzy poległych na misjach, rodziny ofiar katastrofy smoleńskiej, rodziny ofiar CASY itd.
Ciekawe, że dotacji nie żądają piekarze, bo złe zbiory; górnicy, bo trzeba się ubrudzić; rodziny ofiar wypadków drogowych; informatycy, bo dysk padł….
Coś ten świat jest dziwny. Zamiast się ubezpieczyć, to niektórzy żebrzą i co ciekawe - dostają. Proponuję założyć „Stowarzyszenie Poszkodowanych przez Niski Poziom WIGu” i upomnieć się o dotacje. Przecież taka katastrofa, czy powódź - nie zależy od rządu. Natomiast niski poziom WIGu: owszem – zależy.
Gdyby rząd się nie zadłużał, zrobił reformy ZUS i KRUS, nie ulegał żądaniom płacowym „silnych grup nacisku”, uprościł prawo, stosował takie same zasady dla wszystkich (np. kasy fiskalne), obniżył podatki. Wtedy może WIG nie cierpiał by na słabość?





